Kierunek - zdrowe serce. W koalicji z rozumem...

Wydłużenie życia mieszkańców Polski w ostatnich 20 latach jest w 50% u mężczyzn i w 60% u kobiet wynikiem spadku umieralności z powodu chorób układu krążenia. Nakłady na kardiologię - szczególnie interwencyjną - okazały się dobrą dla wszystkich inwestycją.

W ostatnią niedzielę września już po raz czternasty w 120 krajach będzie obchodzony Światowy Dzień Serca. Dziesiątki lat edukacji, setki kampanii promujących zdrowie oraz kosmiczny postęp w medycynie – czy coś z tego wynika? Wszakże choroby serca i naczyń to wciąż największy ludobójca. W dodatku częściej ostatnio morduje kobiety...


Niby każdy wie, że umrzeć „na serce” nie jest trudno. Liczby robią jednak wrażenie. Ponad 4 miliony zgonów rocznie w krajach europejskich, w tym prawie 2 miliony w samej UE. Stanowi to odpowiednio 47% wszystkich zgonów w Europie (40% w UE). We wszystkich krajach europejskich choroby serca i naczyń są główną przyczyną umieralności kobiet, w kilku z nich – w tym w Polsce – także mężczyzn. Wg danych za rok 2010 w naszym kraju choroby układu krążenia powodują 51,8% zgonów kobiet i 40,8% zgonów mężczyzn (drugi z kolei zabójca jakim jest rak powoduje około połowę mniej).

Z perspektywy rządzącej dzisiejszym światem ekonomii problem prezentuje się równie poważnie. Choroby serca i naczyń kosztują Europę blisko 196 miliardów euro rocznie, z czego 54% to wydatki na świadczenia medyczne, 24% to wynik utraty produktywności a 22% koszty nieformalnej opieki nad chorymi. Wśród kosztów medycznych dominuje leczenie szpitalne (49%) oraz farmakoterapia (29%). Roczne wydatki w przeliczeniu na jednego mieszkańca różnią się blisko dziesięciokrotnie w zależności od kraju (od 37 EUR w Rumunii do 374 EUR w Niemczech). Średnia unijna wynosi 212 EUR, podczas gdy w Polsce jest to kwota około 110 EUR.

W tym miejscu wypadałoby uderzyć w ton głębokiej troski i podnieść larum nad dramatyczną sytuacją w kraju nad Wisłą. Tym razem jednak będzie inaczej, bowiem w kardiologii – szczególnie interwencyjnej – jesteśmy blisko europejskiej czołówki. Zarówno pod względem organizacji opieki jak i wyników leczenia. W cytowanym onegdaj raporcie Euro Health Consumer Index 2012 najwyższą w naszych warunkach notę uzyskała dostępność do specjalistycznej pomocy u chorych z bólem w klatce piersiowej oraz niski wskaźnik 30 – dniowej śmiertelności w zawale serca. W okresie ostatnich 10 lat śmiertelność spowodowana chorobą niedokrwienną serca zmniejszyła się znacząco, choć nadal jest od 1,5 do 2 razy wyższa niż w wielu krajach „starej” Unii.

W opublikowanym w czerwcu br. przez NFZ raporcie pt. „Analiza realizacji świadczeń kardiologicznych ze szczególnym uwzględnieniem kardiologii interwencyjnej” czytamy m.in:„Przedstawione wyniki potwierdzają dynamiczny rozwój kardiologii interwencyjnej w Polsce w ostatnim okresie, przede wszystkim związanej z leczeniem ostrych zespołów wieńcowych. Jest to oczywiście zgodne ze światowymi trendami, ale (...) nie jest to już pogoń za bogatymi krajami Europy Zachodniej, jak w przypadku całej naszej gospodarki. Polska stała się już jednym z liderów w rankingu, który obrazuje liczbę zrealizowanych przezskórnych zabiegów na naczyniach wieńcowych na 1 milion mieszkańców”.

Zważywszy na skalę zjawiska zaryzykuję stwierdzenie, że każdy z czytelników znajdzie w swoim otoczeniu przynajmniej jeden przykład uratowanego dzięki takiej interwencji życia. Wysoka skuteczność leczenia sprawia, że nasi bliscy mają równe szanse szybkiego powrotu do pełnej sprawności i aktywności zawodowej. Dzięki temu koszt społeczny chorób sercowo naczyniowych – po uwzględnieniu skorygowanego parytetem siły nabywczej PKB – jest w naszym kraju blisko 4 krotnie niższy niż w bogatych krajach „starej” Unii.

Tu i ówdzie podnoszą się głosy, jakoby ta dyscyplina była finansowana w nadmiarze. „Kapitalistom zarabiającym na kardiologii interwencyjnej: nasze stanowcze nie!” Fakt, że udział procentowy chorób serca i naczyń w całkowitych wydatkach na ochronę zdrowia wynosi w UE średnio 9% - zaś w Polsce (podobnie jak na Łotwie i w Estonii) „aż” 17%. Wynika to jednak nie z „przeszacowania” tej dziedziny, ale generalnie niskiego w naszych warunkach poziomu nakładów. Bierzmy zatem przykład z kardiologów, nadając priorytety dziedzinom medycyny oferującym równie obiecujące wyniki. Byle nie kosztem tego, co udało się osiągnąć! Liczby mówią same za siebie. Widać jak na dłoni, że wydatek na skuteczne leczenie to inwestycja opłacalna dla wszystkich...
Trwa ładowanie komentarzy...