Promocja zdrowia. Czy musi kojarzyć się ze straszeniem lub powtarzaniem banałów?

Od ponad 40 lat wiemy, że kluczowy wpływ na zdrowie ma zmiana stylu życia. Mimo to promocja zdrowia pod względem efektywności nie dorasta do pięt promocji innowacyjnych leków, aparatury czy wyrafinowanych zabiegów...

Poprzedni wpis, poświęcony kardiologii inwazyjnej, miał za zadanie pokazać przykład dobrej inwestycji w medycynę naprawczą. W dzisiejszych zdominowanych przez technologie czasach jej znaczenie dynamicznie rośnie. Niestety jeszcze szybciej rosną koszty. Stąd w podejmowaniu decyzji powinniśmy najpierw brać pod lupę efekt. Po pierwsze - ocenić rzeczywistą korzyść z innowacji. Dopiero potem trzeba się zastanowić ile to kosztuje i czy nas stać. Mając oczywiście świadomość, że każda – także negatywna – decyzja dotycząca finansowania diagnostyki czy terapii rodzi skutki finansowe zarówno dla pojedynczego pacjenta jak i dla całego społeczeństwa.



Dzisiaj jednak chcę przypomnieć, że miliardy mądrze inwestowane w medycynę naprawczą mają na zdrowie publiczne wpływ mocno ograniczony. Nic nowego, wiemy o tym od ponad 40 lat. Wszystko zaczęło się w Kanadzie pod koniec lat sześćdziesiątych XX w. Wówczas we wszystkich kanadyjskich stanach rozpoczęto wdrażanie jednolitego i – przynajmniej częściowo – finansowanego przez rząd federalny systemu powszechnych ubezpieczeń zdrowotnych. Siłą rzeczy publiczne wydatki na zdrowie wzrosły gwałtownie. Aby zbadać rzeczywiste przyczyny wzrostu i spróbować im przeciwdziałać powołano tzw. Komitet ds. Kosztów Ochrony Zdrowia, do którego zaproszono przedstawicieli rządu federalnego oraz administracji stanowych. Owocem jego pracy był raport, w którym wskazano m.in konieczność zmniejszenia liczby łóżek szpitalnych i rozwoju opieki długoterminowej nad osobami przewlekle chorymi. Brzmi dziwnie znajomo...

Zainspirowany wnioskami komitetu ówczesny kanadyjski minister zdrowia Marc Lalonde podjął pracę zmierzającą do zmiany postrzegania zdrowia publicznego. W roku 1974 opublikował swój słynny dokument pt. „New Perspectives on The Health of Canadians”. Stwierdził w nim, że zdrowie jest stanem, którego nie da się osiągnąć wyłącznie poprzez rozwój infrastruktury i technologii w służbie medycynie naprawczej. Ponieważ - wg sformułowanej przez Lalonde’a definicji - jest ono „wynikiem działania czynników związanych z dziedziczeniem genetycznym, środowiskiem, stylem życia i opieką medyczną”. Dzisiaj wydaje się to oczywiste, ale 40 lat temu zabrzmiało rewolucyjnie. Po raz pierwszy oficjalnie przyznano, że na poprawę stanu zdrowia i ograniczenie zapotrzebowania na opiekę medyczną kluczowy wpływ ma zmiana stylu życia.

Grupy czynników wpływających na stan zdrowia społeczeństw upowszechniły się pod nazwą „pól zdrowotnych Lalonde’a”. Każdy z nich stanowi bowiem kawałek „tortu”. Największy z nich – około 50% - to właśnie styl życia. Dalej środowisko (20%) oraz biologia i genetyka (także 20%). Na samym końcu – zaledwie w 10% - plasuje się medycyna naprawcza, której wciąż poświęcamy najwięcej czasu, energii i pieniędzy...

Paradygmat Lalonde’a został pozytywnie zwerfikowany przez czas i naukę. Wciąż stanowi fundament wszelkich inicjatyw – małych i dużych – służących poprawie stanu zdrowia obywateli. Wciąż jednak wydaje się, że największy kawałek tortu jest poza zasięgiem społecznego zainteresowania. Liche pieniądze, niska motywacja, wciąż te same, nieefektywne programy zdrowotne, trafiająca kulą w płot edukacja. Walcząc o miliardy na nowe technologie lub stojąc na ich straży - wszyscy zapominamy o tym, co najważniejsze.

Diagnostyka i terapia mają dla nas coraz mniej tajemnic. Potrafimy rozebrać chorobę na czynniki pierwsze, definiując jej przyczyny na poziomie pojedynczej cząstki lub jej fragmentu. Zaprzęgamy do roboty ultranowoczesne narzędzia, dzięki którym struktura materii staje się przezroczysta. Ale w materii promocji zdrowia nieustająco błądzimy jak dziecko we mgle. Nadal nie wiemy nic lub prawie nic o mechanizmach, które w praktyce warunkują zmianę stylu życia. Nadal nie potrafimy rozmawiać o zdrowiu wychodząc poza zwyczajowy banał. Nadal balansujemy pomiędzy straszeniem (chorobą lub śmiercią) a naiwną afirmacją błogosławionej długowieczności.

Wydajemy ogromne pieniądze na poznawanie zachowań konsumentów dóbr wszelakich. Dzięki temu systematycznie budujemy wiedzę na temat skutecznej reklamy. Tymczasem ludzkie postawy wobec nawyków, diety, profilaktyki uparcie spychamy do sfery domysłów. W efekcie promocja zdrowia pod względem efektywności nie dorasta do pięt promocji towarów i usług! W tym ultranowoczesnych leków, aparatury i wyrafinowanych zabiegów. A przecież od z górą 40 lat znamy udział poszczególnych czynników. Gdzie zatem właściwa proporcja? Tylu dziedzinom życia staramy się nadawać wiarygodność poprzez „oparcie na faktach”. Najwyższy czas oprzeć na nich tę najważniejszą. Zbudować wiedzę, która da podstawę skutecznego dotarcia do dzisiejszego wymagającego odbiorcy. Pamiętając wszakże, że ten kawałek tortu jest tak duży, że nie trzeba go sobie wyrywać. Aż się prosi, by zasiąść doń wspólnie – publiczny z prywatnym, urzędnik z menadżerem, polityk ze swoim wyborcą...
Trwa ładowanie komentarzy...