Krótka historia 1 czerwca. Kto stoi, kto nie stoi za polskimi pacjentami...

Trudno jest w obecnych realiach dbać o los pacjenta i respektować jego prawa. Dużo łatwiej przypiąć mu etykietę lobbysty przemysłu farmaceutycznego i ustawić w jednym szeregu z przeciwnikami „jedynie słusznej” polityki unikania odpowiedzialności.

Przywykliśmy do opinii, że za stowarzyszeniami pacjentów stoją interesy przemysłu. Z pewnością nie jest całkiem nieuzasadniona. Sytuacje wykorzystywania chorych do walki o pieniądze i wpływy są faktem. Ale czy można z czystym sumieniem uznać je za regułę? Manipulowanie losem pacjentów zawsze będzie nieetyczne. Niezależnie od tego, czy służy interesom korporacji czy tych, którzy z nimi walczą. Ponieważ poddaje w wątpliwość intencje. W szczególności troskę o wypisane na czole „dobro chorego”.



Późną wiosną ubiegłego roku, w przededniu kolejnych turbulencji w ochronie zdrowia, powstał ruch społeczny znany pod nazwą Porozumienie 1 Czerwca. Z treści założycielskiej deklaracji można było wyczytać, że „Porozumienie 1 Czerwca jest niezależną i ogólnopolską inicjatywą obywatelską będącą odpowiedzią na systematyczne ograniczanie dostępu do leczenia finansowanego ze składek płaconych przez nas podatników. Porozumienie tworzą obywatele, pacjenci, opiekunowie chorych, lekarze, osoby niepełnosprawne. Tę akcję społeczną popierają i wspierają organizacje pacjenckie, lekarskie, towarzystwa naukowe, portale internetowe i media.”

Lider Porozumienia przedstawiał się następująco - „Jestem rodzicem 10 letniego Michała chorego na młodzieńcze idiopatyczne zapalenie stawów. Nie jestem związany z żadnym ugrupowaniem politycznym, nie współpracuję z żadną firmą farmaceutyczną, jestem po prostu rodzicem chorego dziecka. W styczniu 2012 roku Ministerstwo Zdrowia i NFZ uświadomiło mi, że opieka państwa polskiego nad chorymi, to jedynie biurokratyczna maszyna tworzona metodą prób i błędów. Nie zgadzam się z takimi metodami i żądam, aby urzędnicy decydujący o zdrowiu naszych dzieci i nas samych wzięli pełną odpowiedzialność za swoje działania. Działania, które na równi z lekarskimi decydują o zdrowiu i życiu, jak również sposobie leczenia każdego pacjenta – dziecka i dorosłego.”

W symbolicznym dniu 1 czerwca lidera Porozumienia przyjął sam minister zdrowia, który – jak czytamy w oświadczeniu – „zapewnił, że prowadzenie dialogu ze wszystkimi partnerami działającymi w obszarze ochrony zdrowia w Polsce, w tym szczególnie z organizacjami zrzeszającymi pacjentów, jest dla niego priorytetem. Podkreślał również, że jednym z celów, jaki stawia pracownikom resortu jest dobra współpraca z partnerami społecznymi, dzięki której możliwe będzie dalsze wprowadzanie zmian w systemie ochrony zdrowia, prowadzących do zapewnienia pacjentom coraz lepszych warunków leczenia, a całemu środowisku medycznemu godnych i stabilnych warunków do pracy.”

Tak zwany dialog trwał trochę ponad rok. Towarzyszyła mu atmosfera wyczekiwania na dyrektywę o transgranicznej opiece zdrowotnej. Wiadomo było bowiem, że unijna „Rada uznała, że istnieją wspólne dla całej Unii wartości i zasady dotyczące sposobu, w jaki systemy opieki zdrowotnej odpowiadają na potrzeby ludności i pacjentów, którym służą. (…) W związku z tym państwa członkowskie powinny (…) dopilnować, aby wszyscy pacjenci byli jednakowo traktowani ze względu na ich potrzeby w zakresie opieki zdrowotnej, a nie ze względu na państwo członkowskie ubezpieczenia.”

Dyrektywa została przyjęta przez Parlament Europejski i Radę 9 marca 2011. Państwa członkowskie otrzymały ponad 2 lata na jej wdrożenie. Od 25 października tego roku obowiązuje – przynajmniej w teorii – we wszystkich krajach UE. Polski rząd nie zdążył przygotować przepisów umożliwiających jej adaptację do lokalnego prawa. Trudno uwierzyć, że powodem opóźnienia był nadmiar troski o równe traktowanie polskich pacjentów.

Mniej więcej tym samym czasie lider Porozumienia gorzkimi słowami pożegnał się z działalnością społeczną. W pożegnalnym liście wspomina, że „pisanie konsultacji społecznych, które nic nie dają, szarpanie się z rzeszą wyszkolonych urzędników MZ i NFZ to praca na cały etat przynajmniej dla 100 osób, a nie na jednego człowieka.” Sfrustrowany społecznik i zmęczony ojciec chorego dziecka ma dość walenia głową w mur. Przed wycofaniem się zdążył jeszcze przesłać ministrowi uwagi do projektu ustawy implementującej słynną dyrektywę. Mało prawdopodobne, żeby ustawodawca wziął je pod uwagę. Zamiast tego usłyszymy pewnie, że farmaceutyczne imperium kontratakuje, więc państwo winno zewrzeć szeregi w obronie polskiego pacjenta...
Trwa ładowanie komentarzy...