Po receptę do sądu?

Biurokracja, gąszcz wątpliwej jakości przepisów i dokuczliwy brak standardów potrafią uniemożliwić podejmowanie decyzji terapeutycznych we właściwym miejscu i czasie. Czy zamiast w gabinecie lekarskim będą one zapadać w sali sądowej?

Od wielu miesięcy przed sądami kolejnych instancji trwa proces pacjentki chorej na stwardnienie rozsiane. Przebieg znam jedynie z relacji medialnych. Proszę więc darować ewentualne nieścisłości. Nie jest moim celem wszakże rozstrząsanie szczegółów. Ponieważ nie mnie rozstrzygać, po czyjej stronie jest racja. Sąd uczyni to z pewnością najlepiej jak potrafi. Mam tylko jedną podstawową wątpliwość. Czy aby napewno sala sądowa jest najlepszym miejscem do podejmowania decyzji o wyborze właściwego leczenia?


Pacjentka choruje od 10 lat. Początkowo była leczona tym, co dostępne, czytaj - refundowane. Z umiarkowanym skutkiem. Dwa lata temu został zarejestrowany nowy lek, który rozbudził nadzieje. Lek nie był początkowo refundowany, więc grono przyjaciół skrzyknęło się, żeby pomóc. Jak można przeczytać w gazetach – półroczne przyjmowanie leku pozwoliło chorej poruszać się o własnych siłach. Gdy zapas leku się skończył pacjentka przestała chodzić. Wtedy wystąpiła do sądu o prawo do bezpłatnego leczenia.

Sąd pierwszej instancji, na czas trwania postępowania sądowego nakazał szpitalowi, pod opieką którego pozostawała pacjentka, kontynuację terapii. Wciąż jednak niemożliwy był zwrot kosztów zakupionego leku – 8 tysięcy miesięcznie – od postanowienia sądu szpital się więc odwołał. Sąd drugiej instancji decyzję uchylił. Choć nie wpłynęło to na przebieg głównego postępowania, pacjentka została bez leczenia. Jeśli wierzyć gazetom „lekarze chcąc uciąć spór zmienili diagnozę na taką, która wykluczała podawanie leku”. Nie mnie oceniać, czy to prawda czy nie. Jeśli tak – grozą napawa kontekst medyczny, jeśli nie – kaliber informacyjnej manipulacji. W obu przypadkach włos się jeży na głowie...

Od 1 stycznia 2013 lek znajduje się na liście leków refundowanych. Z racji swej specyfiki nie jest dostępny w aptekach, ale w ramach tzw. programu lekowego. Podobnie jak wiele innych nowych i kosztownych terapii. Jego stosowanie wymaga zawarcia stosownych kontraktów pomiędzy NFZ a szpitalem. Nim stało się to możliwe minęły kolejne miesiące, w trakcie których zdesperowana pacjentka pozwała także Fundusz o uniemożliwiającą terapię opieszałość. Program lekowy wystartował w maju. Ale jeśli wierzyć diagnozie pacjentka nie spełniała kryteriów pozwalających na zakwalifikowanie jej do leczenia.

Chorzy na SM znani są z tego, że się nie poddają. W kolejnej odsłonie mamy do czynienia z opinią szwajcarskich neurologów, którzy podważyli orzeczenie kolegów z Polski. Stwierdzili bowiem, że pacjentka cierpi na postać choroby, która jak najbardziej kwalifikuje ją do spornej terapii. Co więcej, zdanie to potwierdził powołany przez sąd biegły, w opinii którego leczenie powinno być kontynuowane. Decyzję terapeutyczną podejmie zatem sąd...

Są na świecie takie kraje (np. USA), w których instytucje sądowe kreują politykę zdrowotną. Nie wydaje się jednak, aby ten konkretny przykład godzien był naśladowania. Pisane na kolanie, nieprecyzyjne i nieustannie zmieniające się regulacje stanowią marny grunt dla tego typu rozwiązań. Podobnie jak niewydolne i nieadekwatnie drogie sądownictwo. Długa i kręta droga, którą zmuszona jest podążać bohaterka tej historii odsłania największe słabości naszego systemu. Biurokracja, gąszcz wątpliwej jakości przepisów i dokuczliwy brak standardów uniemożliwiają podejmowanie decyzji terapeutycznych we właściwym czasie i miejscu.

O tym jak leczyć pacjenta winna decydować wyłącznie wiedza i wskazania medyczne. Jeśli ktoś ma wątpliwości – bo budżet, bo ograniczenia, bo system etc. - niech wyobrazi sobie siebie w roli chorego. Ryzyko błędnych decyzji należy ograniczać przy pomocy standardów i wytycznych, nie zaś zawiłych procedur refundacyjnych. W żadnym wypadku o rozpoznaniu choroby nie może decydować status refundacyjny dostępnego leczenia! W przeciwnym razie rychło zamienimy gabinety lekarskie na sale sądowe i zamiast do lekarza będziemy pielgrzymować po receptę do sędziego. Pomijając absurd tej sytuacji najgorsze jest to, że podjęta przez sąd decyzja - czy lub jak leczyć - zawsze będzie spóźniona...
Trwa ładowanie komentarzy...