Wiele hałasu o nic. Ubezpieczenia na zdrowie po raz kolejny...

Przez blisko dwadzieścia minionych lat nie zrobiono nic dla rozwoju prywatnych ubezpieczeń zdrowotnych. Dlatego trudno uwierzyć, że anonsowane po raz kolejny plany są czymś więcej, niż pustą obietnicą.

Powracająca fala zapowiedzi prywatnych ubezpieczeń zdrowotnych szumi miarowo już drugą dekadę. To zbliża się, to oddala. W zależności od źródła informacji oraz kontekstu sytuacyjnego przynosi obietnice lub niepokoje. Jej skutki wciąż jednak ograniczają się li tylko do emocji. Tak różnorodnych jak stojące za (przed?) nimi polityczne drogowskazy. Jednak konkretnych rozwiązań na widnokręgu nadal brak. Czyżby dżentelmenom naszych czasów nie wypadało mówić o konkretach?


Pomysł na dofinansowanie ochrony zdrowia ze środków innych niż publiczne przestał być rewolucyjny zanim jeszcze ujrzał światło dzienne. W fundamentalnej ustawie o powszechnym ubezpieczeniu zdrowotnym (z dnia 6 lutego 1997 gwoli przypomnienia) nadzieje tudzież niepokoje rozbudził pamiętny artykuł 4a: „Realizację powszechnego ubezpieczenia zdrowotnego przez inne niż kasy chorych instytucje ubezpieczeniowe ureguluje odrębna ustawa”. Nieco później (lipiec 1998) zapis ten znacznie rozszerzono, nadając mu treść i formę odpowiadające – jak się wydawało – wymaganiom kształtującej się demokracji. W ulepszonej wersji art. 4a brzmiał następująco: „Ubezpieczony może realizować obowiązek ubezpieczenia zdrowotnego w innej niż Kasa Chorych instytucji ubezpieczenia zdrowotnego, działającej na podstawie odrębnych przepisów o działalności ubezpieczeniowej, jeżeli instytucja ta: 1). Zapewnia zakres świadczeń nie mniejszy niż zagwarantowany ustawą, 2). Obejmuje ubezpieczeniem każdą zgłaszającą się osobę bez względu na czynniki ryzyka, 3). Nie różnicuje wysokości składki w zależności od czynników ryzyka, 4). Działa na całym terytorium RP i nie różnicuje składki w zależności od regionu, 5). Obejmuje ubezpieczeniem członków rodziny osoby opłacającej składkę (...)

Choć ten pełen obietnic przepis miał wejść w życie dopiero 1 stycznia 2002, już w lipcu 2000 r. zacne grono posłów zawnioskowało o jego wykreślenie (zachęcam do lektury nazwisk podpisanych pod wnioskiem). W uzasadnieniu czytamy m.in., że „istnieje niebezpieczeństwo, że w publicznych kasach chorych pozostaną osoby o niższych dochodach, często chorujące i wymagające większych nakładów, co doprowadzi do głębokiego kryzysu finansowego systemu ochrony zdrowia”. Ha, ha, mielibyśmy dzisiaj kozła ofiarnego jak znalazł... Tymczasem przez parę lat nie uczyniono nic, aby stworzyć grunt pod rozwój najbardziej cywilizowanego sposobu radzenia sobie z kryzysem w ochronie zdrowia. Nie było więc innego wyjścia, jak tylko zgodnym chórem odwołać złożoną obietnicę pod hasłem – jakże by inaczej – troski o polskiego pacjenta...

Wszystko to, co wydarzyło się potem (czytaj przez ostatnie 10 i więcej lat, niezależnie od tego kto był u władzy a kto w opozycji), jest już tylko wariacją na podany wyżej temat. Kolejne zapowiadane z przytupem projekty ustaw nigdy nie doczekały się poważnej dyskusji. Pewnie do dzisiaj zapełniają przepastne szuflady połyskujących blaskiem minionych epok biurek na ulicy Miodowej. Z zażenowaniem czytam więc po raz kolejny proroctwa resortu zdrowia. Po kilkunastu latach politycznego kontredansu okazuje się, że „nie chcemy wszystkiego najpierw wysadzić w powietrze, a potem budować od nowa. Musimy dobrze przygotować się do trudnych zmian. Także politycznie, dlatego tak długo to trwa”. Zaiste długo. A wysadzać już nie trzeba, samo się zawali.

Potrzebę dobrego przygotowania oczywiście rozumiem. Tyle, że właściwie do czego? „Na początku roku przedstawimy założenia do ustawy o dodatkowych ubezpieczeniach zdrowotnych” Który to już raz, bo tracę rachubę? „Obecnie zbieramy argumenty „za”: ile może wynosić dodatkowa składka, co te ubezpieczenia dadzą pacjentom, jakie efekty dla systemu ochrony zdrowia będzie miało ich wprowadzenie”. Czy naprawdę przez blisko 20 lat nie zgromadzono w Ministerstwie Zdrowia, tudzież innych instytucjach rządowych czy akademickich wystarczających argumentów „za”? Ktoś ich szukał i nie znalazł, albo znalazł, ale ukrył z powrotem przed opozycją? A może sprzedał za granicę? Skoro w tylu innych krajach (Niemcy, Czechy, Słowacja, że nie wspomnę o Francji czy uznawanej obecnie za wzór Holandii) się udało, to może my po prostu wcale nie chcemy ich znaleźć? „Nie chcę bez nich rozpoczynać dyskusji, bo z góry wiadomo, że będzie demagogiczna” A uzbrojony w tę wiedzę naprawdę oczekiwałby Pan merytorycznej dyskusji? Naprawdę uważa Pan, że po przedstawieniu rządowych argumentów „za” opozycja zgodnym chórem – w trosce o polskiego pacjenta – wyrazi gromkie poparcie?

Nie wiem, jak będzie wyglądać anonsowana po raz enty zmiana. Poza jednym. „My pracujemy nad modelem powszechnym, dla wszystkich – tylko wtedy będzie on jednocześnie tani dla pacjentów i opłacalny dla firm ubezpieczeniowych”. Łza się w oku kręci... Pełen zachwyt, gdyby nie fakt, że ten wiecznie zielony refren jakoś trąci sztucznizną. Onegdaj mówiło się – nasza partia jak mówi, że nie robi - to nie robi, a jak mówi, że robi - to mówi! Kiedy w naszym kraju wylewano fundament systemu ubezpieczeń zdrowotnych mój starszy syn chodził do przedszkola. Dzisiaj jest studentem trzeciego roku prawa i słyszy obietnice rodem z jego lat przedszkolnych. Myślą Państwo, że w nie uwierzy?
Trwa ładowanie komentarzy...